Nie uciekamy przed AI. Lecimy do niej jak ćmy.
Wszyscy ostrzegali nas przed sztuczną inteligencją jako zagrożeniem. Wyobrażaliśmy ją sobie jako zimną maszynę, „obcego”, przeciwnika, technologiczną siłę stojącą naprzeciw człowieka.
Tymczasem AI przyszła inaczej. Nie jako wróg. Nie jako agresor. Nie jako potwór z filmów science fiction. Przyszła jako pomocnik, rozmówca, doradca — ktoś cierpliwy, dostępny i zawsze gotowy odpowiedzieć.
I może właśnie dlatego tak łatwo ją przyjmujemy.
Nie uciekamy przed nią. Przeciwnie — coraz częściej sami się do niej zbliżamy. Jak ćmy do światła. Przyciąga nas wygoda, szybkość, pozorne zrozumienie, brak oceny i natychmiastowa reakcja.
Problem nie polega wyłącznie na tym, że sztuczna inteligencja może kiedyś wymknąć się spod kontroli. Problem polega także na tym, że człowiek może dobrowolnie oddać jej część swojej uwagi, relacji, decyzji, samotności, a w końcu — odpowiedzialności.
AI może być wielkim narzędziem przyszłości. Ale narzędzie nie może zastąpić człowieka. Nie może zastąpić sumienia, więzi, rozsądku i odpowiedzialności.
Bo światło, które przyciąga, nie zawsze prowadzi w dobrą stronę.
Dlatego potrzebujemy hamulców. Nie tylko w technologii. Także w nas samych.

